Himalaje i motocykl? Świetne połączenie! Udowodniła to grupa kilkunastu wyjątkowo odważnych kobiet. Jedna z nich, Asia Świerszcz, opowiedziała  o  swojej  wyprawie  w  oddalone  od  Polski  o  kilka  tysięcy  kilometrów  najwyższe  góry  świata. Każda z dziewczyn pojechała w tę podróż w innym celu, z innymi marzeniami. Ale na pewno połączyło je jedno – motocykl.

 

Z podróżniczkom (Joanna Świerszcz) rozmawiał Kuba Wiśnik 

 

Kuba: Jak wyglądały wasze przygotowania do podróży?

Joanna: Moje nie trwały długo. Spakowałam się w ciągu jednego weekendu. Często podróżuję, motocyklem jeżdżę od piętnastu lat, dlatego wiem, co ze sobą zabrać, jak spakować plecak, aby nie przekroczył wymaganych przez linie lotnicze wymiarów czy wagi. Mam też większość potrzebnego sprzętu turystyczno-motocyklowego. Musiałam dokupić kilka drobiazgów i przejść niezbędne szczepienia. Gdyby to miała być moja pierwsza daleka podróż motocyklem, na pewno czas przygotowań wydłużyłby się do wielu tygodni.

 

 

Kuba: Czy łatwo było wam poruszać się motocyklem po trudnych himalajskich drogach? Gdzie rozpoczęłyście podróż?

 

Joanna: W Himalaje najszybciej można dostać się samolotem. Każdego dnia indyjskie linie lotnicze oferują kilka połączeń, choć często zdarzają się loty odwołane z powodu warunków pogodowych. Lot Polska–Indie trwa kilkanaście godzin, zaś z New Delhi w Himalaje dostaniemy się w około półtorej godziny. Do tego należy doliczyć czas na przesiadki. Nasza motocyklowa wyprawa rozpoczęła się w Leh, jest to największe miasto w Ladakhu, malowniczo położone na wysokości 3500 m n.p.m. Na kanapie motocykla spędziłyśmy jedenaście dni, wyprawę skończyłyśmy w Manali.

Tamtejsze drogi nie należą do łatwych. Głównym zagrożeniem były ciężarówki, które zajmowały prawie całą szerokość drogi, a które musiałyśmy wyprzedzać. Należało również uważać na osuwające się ze zboczy kamienie, fatalną nawierzchnię pokrytą piachem, żwirem czy nawet strumieniami, a także zwracać uwagę na innych kierowców, dla których przepisy ruchu drogowego były abstrakcją. Dodatkowym, „cichym” zagrożeniem była choroba wysokościowa. Większość czasu spędziłyśmy na wysokości powyżej 4000 m n.p.m., gdzie brak tlenu jest wyraźnie odczuwalny. Objawy z tym związane, takie jak bóle głowy, osłabienie, drętwienie kończyn, mogły być śmiertelnym zagrożeniem, ponieważ obsługa motocykla wymaga pełnej sprawności od kierowcy.

 ZAPISZ SIĘ DO NASZEJ LISTY MAILINGOWEJ, ABY NIE OMINĄŁ CIĘ ŻADEN NOWY ARTYKUŁ!

 

Kuba: Gdzie się zatrzymywałyście podczas podróży?

 

Joanna: Przeważnie spałyśmy w wynajętych, specjalnie przygotowanych namiotach na campach. Taki namiot przystosowany jest do zmieniających się warunków pogodowych – w ciągu doby możemy mieć przymrozek i ponad trzydziestostopniowy upał. W namiocie są łóżka, wydzielona przestrzeń na łazienkę, koce i pościel. W miasteczkach i większych miejscowościach nocowałyśmy w pensjonatach.

 

 

Kuba: A dieta? W jaki sposób żywiłyście się podczas podróży?

 

Joanna: Jadłyśmy głównie specjały kuchni indyjskiej. W ciągu dnia zatrzymywałyśmy się w przydrożnych namiotach, w których podawano lokalne dania. Miałyśmy też zapas batoników i suchy prowiant. Hitem okazała się indyjska herbata – masala chai, czyli rozgrzewający napój z mlekiem i przyprawami korzennymi.

 

 

Kuba: Zaprzyjaźniłyście się z miejscowymi?

Joanna: Hindusi, ale i mniejszości etniczne zamieszkujące obszar Himalajów (głównie Tybetańczycy), to niesamowicie mili i serdeczni ludzie. Na ich twarzach króluje uśmiech, łatwo z nimi nawiązać kontakt. Większość zna angielski na tyle dobrze, że mogliśmy się zrozumieć. Zdecydowanie wzbogacili naszą podróż, szczególnie ci, z którymi udało się spędzić trochę czasu.

 

 

Kuba: Podczas podróży przejechałyście ponad półtora tysiąca kilometrów. Co z tego, co udało się wam zobaczyć, zapadło ci w pamięć?

 

Joanna: Przejechałyśmy przez kilkanaście najwyżej położonych przełęczy, w tym przez najwyżej położoną przełęcz dostępną dla ruchu kołowego na świecie: Khardung La (5602 m n.p.m.). Odwiedziłyśmy przepiękne jeziora, między innymi Pangong Tso na granicy indyjsko-chińskiej oraz magiczne Tso Moriri. Spędziłyśmy dzień w zakonie mniszek buddyjskich, gotując wspólnie obiad. W Dolinie Nubry miałyśmy okazję pojeździć motocyklem po najwyżej położonej pustyni świata. Zwiedziłyśmy stolicę dawnego królestwa Ladakhu – Leh – oraz miasto Manali. Poczułyśmy religię wschodu, zwiedzając gompy buddyjskie. Ale przede wszystkim udało nam się zobaczyć niesamowite krajobrazy i na własnej skórze doświadczyć uczucia wolności podczas przemierzania kolejnych kilometrów na dwóch kółkach.

 

 

Kuba: Jakie wspomnienia ze sobą przywiozłaś?

 

Joanna: Wspomnienia, które przywiozłam do Polski, a które zostaną ze mną na długo, to przede wszystkim przepiękne, górskie widoki, krajobrazy niczym z księżyca i otaczająca mnie bezkresna przestrzeń i towarzyszące jej poczucie wolności. Uśmiech i serdeczność ludzi, odgłosy małych miasteczek, ale i warkot jednocylindrowych, kultowych motocykli Royal Enfield Bullet, który słyszałam każdego dnia.

 

Bardzo się cieszę, że mogłam spędzić te piękne chwile w gronie wspaniałych kobiet i odpocząć od codziennej, czasem przytłaczającej rzeczywistości. Nabrałam energii do dalszego działania i planowania kolejnych wypraw.

 

 

JESTEŚMY TAKŻE NA INSTAGRAMIE. OBSERWUJ NAS!

 

 

Zdjęcia: Joanna Świerszcz

Opracował i przeprowadził wywiad: Kuba Wiśnik

Share Button